O siedmiu braciach śpiących

28 Lipca.

O siedmiu braciach śpiących.

(żyli około r. 249.)

 

 

 

 

Źródło: Żywoty Świętych Pańskich Starego i Nowego Testamentu z dzieła Ks. Piotra Skargi, T. IV, 1880r.

 

 

Decjusz cesarz, srogi krwi chrześcijańskiej rozlewca, objeżdżając prowincje swego państwa, przybył też do Efezu i wydał rozkaz, ażeby wszystkich którzy się mienili Chrześcijanami, chwytano, i rozmaitymi tracono mękami. Bez liczby przeto i bez litości mordowano tych wiernych Bożych; wszystkie wieże przepełnione nimi były, a ciała ich po murach rozwieszano, głowy na drzewach i palach zatykano. Po ulicach trupy rozrzucone leżały, a sępy i inne mięsożerne ptactwo krążąc około miasta, do reszty je rozdzierało i pożerało. Niezmierny smutek i trwoga przepełniały serca wszystkich, a nikt braci swej, tym członkom Chrystusowym pogrzebu dać nie śmiał, tając się przed okrucieństwem prześladowców. Zmówiło się natenczas siedmiu młodzieńców stanu żołnierskiego ażeby nieodstępni jeden od drugiego, razem chodząc i mieszkając, gotowi na wszystkie dla Chrystusa Pana męczarnie, statecznie i mężnie cierpienia jakie spotkać ich mogą przetrwali. Imiona tych zacnych i wysokiego rodu młodzieńców są: Maxymilian, Jamblik, Marcin, Jan, Dionizy, Exaenstadius i Antoni. Postępowanie ich nie uszło uwagi czyhających na taką zdobycz pogan; pojmano ich, i stawiono przed Decjuszem, który nie mogąc ich do pokłonienia się bałwanom zmusić, a uwzględniając wiek ich i zacność rodu, puścił ich, zostawiając im czas do namysłu.

Młodzieńcy tymczasem posprzedawszy swe dobra, i zostawiwszy sobie tyle tylko pieniędzy, ile im na utrzymanie życia było potrzeba, rozdali resztę ubogim; a wiedząc, iż cesarz wkrótce miał do Efezu powrócić, schronili się na blisko miasta będącą górę Ochlon, i znalazłszy tam głęboką jaskinię, w niej zamieszkali, w spokoju na modlitwie i utwierdzaniu się w dobrych i pobożnych postanowieniach czas trawiąc; a jeden z nich tajemnie do miasta chodził, i żywność im przynosił. Decjusz przybywszy do Efezu, a dowiedziawszy się jak sobie postąpili młodzieńcy, zamierzył głodową śmiercią ich zgubić, i w tym celu jaskinię kamieniami wielkimi zarzucić kazał. Chrześcijanin jeden chcąc zachować pamięć tych Męczenników, wrzucił w ową jaskinię tabliczkę ołowianą, na której imiona Świętych, i rok ich dla Chrystusa Pana zejścia, napisał. Mało przedtem, ów którego po żywność posyłali, powiedział im o cesarskim powrocie, o morderstwach jakie dokonywano, i o tym, jak się Decjusz usiłował dowiedzieć, gdzie się oni schronili? Święci zaś modląc się smutni, i w rozmowie o rzeczach niebieskich pociechy szukając, wszyscy zasnęli, wcale o zawaleniu jaskini nie wiedząc.

Długie tymczasem ubiegły lata, po których Teodozjusz tron cesarzów zasiadł. Za jego to panowania kacerstwo ariańskie taki wzrost brać poczęło, iż jako wierny Chrześcijanin, cesarz wielce się frasował, patrząc na gorzkie jego owoce. Szalona arianów nauka szerzyła błędne twierdzenie, iż ciał zmartwychwstania nie będzie, i że ci co pomarli, żadnej już pociechy nie wezmą. Trwogą napełnił się Kościół Święty cały, patrząc na ludzi tyle, dających się uwieść tym nieszczęsnym błędem. Aż Pan Bóg wtedy Sam przyszedł Mu w pomoc. Niejaki Adoliusz, właściciel góry, w której leżeli Święci, Natchnieniem Bożym wiedziony, zaczął obok niej stanowisko owcom swoim budować, i gdy z okna jaskini onej wybrano kamienie do murowania, Pan Bóg jak niegdyś Łazarza, tak wskrzesił owych siedmiu, którzy byli zasnęli; i młodzieńcy jak żeby noc jednę tylko przespali, porwali się chwaląc Pana Boga i pozdrawiając się zwykłym obyczajem; ani młodość albowiem, ani ich ciała i szaty, żadnej, najlżejszej nie uległy odmianie. Gdy wtedy rozmyślali sobie, co o przyjeździe Decjusza, i o wywieranych nad Chrześcijanami okrucieństwach, słyszeli, rzekł jeden z nich Maxymilian: Czemu się tutaj kryć dalej mamy? Bądźmy gotowi bracia najmilsi wyjść z tej jaskini, a wyznać Mocarza nad mocarzami, Pana naszego Jezusa Chrystusa. A ty bracie Jambliku idź tajemnie do miasta, kup nam chleba, i dowiedz się co się tam dzieje, i czy się o nas cesarz Decjusz pyta?

Jamblik wziąwszy pieniądze, monetę starą, lat przeszło dwieście mającą, szedł z bojaźnią na rynek, a wchodząc w bramę, z podziwem ujrzał przed nią krzyż wielki i ozdobny. Mniemając, iż zbłądził, poszedł ku drugiej bramie: lecz i tam podobnymże uderzony spotkaniem, zastanowił się, i począł wątpić czyli czasem nie marzył, i czy w istocie było to miasto Efez, w którym się wczoraj Znakiem Krzyża Świętego brzydzono, a dziś cześć taka wyrządzana mu była? Postąpił nareszcie dalej, i wszedłszy do miasta, a słysząc wychodzące jawnie z ust wszystkich Imię Chrystusa Pana; widząc i domy różne od tych jakie znał dotąd, pewny iż zaszedł w nieznane sobie miejsce, zapytał: Jak to miasto zowią? Efez, odpowie pytany. Niedowierzając mu jednak Jamblik, kupił co prędzej chleba, dał ową starą monetę, i miał odchodzić, gdy piekarz wziąwszy pieniądz jakiego nigdy nie widział, podał go drugiemu, ten znowu innym; a gdy nikt takiej monety nie znał, skupiono się około młodzieńca, chcąc go wieźć do urzędu w przekonaniu, jakoby skarb stary znalazł. Wielkie było zdumienie jego, tym większe, że i on nikogo tam ze swych krewnych i znajomych nie ujrzał, i jego wszyscy za obcego przybysza mieli. Doszła więc rzecz do urzędu; męczyć go o znaleziony skarb chciano, a on w odurzeniu, i mówić, i tłumaczyć się nie mógł. Przywiedziono go wtedy przed starostę efeskiego, który pospołu z biskupem Stefanem miał go przesłuchać. Skąd wziąłeś tę monetę? pytał go starosta. Ja te pieniądze mam od ojca mojego, rzekł Jamblik. Skądże jesteś, i gdzie twój ojciec? spytają. Jestem z Efezu, odpowie; ojca mam tego a tego, takich a takich braci i powinnych, te a te noszących imiona.

Szaleje, albo udaje szaleństwo; powtarzali ludzie którzy tego słuchali. A młodzieniec nie wiedząc co miał dalej mówić, zapytał: Powiedzcie mi, żyje-li cesarz Decjusz albo nie? – Nie ma takiego cesarza, odrzekł starosta. A on na to: Jam wczoraj widział jak wjeżdżał do tego miasta, i przed jego prześladowaniem siedmiu nas kryje się w górze Ochlon; dziś jeszcze jeśli chcecie, ukażę wam towarzyszy moich.

Uderzony takimi szczegółami biskup, pomyślał sobie, iż im Pan Bóg dziwniejszy jakiś skarb przez tego młodzieńca ukaże. Szli przeto za nim, i u wejścia jaskini znaleźli za sprawą Bożą skrzyneczkę, a w niej tablicę z imionami i datą męczeństwa Świętych. A zrozumiawszy cud Dzieła Bożego, poszli dalej, i ujrzeli młodzieńców onych, siedzących z jasną, promieniejącą twarzą. Upadłszy im do nóg powiedzieli im co się działo; oni zaś chwaląc Pana Boga, rozpowiadali co było za ich czasów, za okrutnego Decjusza.

Przepełniony radością i podziwieniem biskup, wysłał czym prędzej posły do Teodozjusza z takim listem: Co najrychlej przyślij tu kogo na oglądanie cudów, które Pan Bóg za panowania twego pokazał, a niewierzącym w przyszłe ciał zmartwychwstanie dowiódł ich błędu, i potępił fałsz ich nauki na ciałach Świętych, którzy teraz zmartwychwstali.

Wielce tym listem uweselony cesarz, sam z Carogrodu przyjechał z licznym pocztem panów, i pozdrawiając onych młodzieńców, płakał, sławiąc Pana Boga za takie Cuda Jego!

Święci powiedziawszy cesarzowi, iż Stwórca wzbudzeniem ich fałsz kacerski potępia, a iż bogobojnemu panowaniu jego błogosławić będzie; schyliwszy głowy ku ziemi, pomarli. Cesarz ciała ich w srebrne trumny włożywszy, chciał powieźć z sobą, ale przez sen upomniany, aby je w dawnym zostawił miejscu, z wielką czcią w tejże jaskini położyć ich kazał. A wszyscy oddali pokłon Chrystusowi Panu i Bogu naszemu, Któremu przystoi Chwała nieustająca na wieki wieków. Amen.

 

 

Uwaga.

 

 

Cud, o którym tu mowa, nie jest bynajmniej cudem tych Świętych, byli oni tylko jak inni Święci narzędziami, za pomocą których Pan Bóg Swą Wszechmocność i prawdę słów swych, w tym względzie własnym zwartwychwstaniem popartych, potwierdził. 

Nie ma ani jednego dogmatu, ani jednej Prawdy Świętej Religii naszej, przeciw której nie powstałyby: niedowiarstwo, płytkość nauki, ślepota zmysłowości i materializm, stawiający niedostateczny swój rozum, sędzią najwyższych ducha zagadnień, zapominając jak mu ścisłe zakreślono granice; słabości wreszcie i namiętności ludzkie, które by je do własnego usposobienia nagiąć chciały. Takie to przyczyny interesu własnego, pychy, zepsucia i nieświadomości, dawały zwykle początek wszelkiemu odszczepieństwu, czyli oderwaniu się od owego ogniska światła, jakie Chrystus Pan w Kościele Świętym Swoim zapalił, i które aż do skończenia wieków przechować tam obiecał. Jemu to bowiem przyrzekł: „Iż Go bramy piekielne nie przemogą”. Im też straszniejszy świat ten szturm do niego przypuszcza czy to prześladowaniem, czy namiętnymi napaściami swoimi, tym potężniejszą ukazuje się w nim ta Ręka Boża, która w otchłań zapomnienia spychając prześladowców, niezachwianym go w podstawach i nauce na zawsze utrzymuje.

 

 

 

 

 

 

 

 

© salveregina.pl 2023