Rok Boży

w liturgji i tradycji Kościoła świętego
z uwzględnieniem obrzędów i zwyczajów ludowych
oraz literatury polskiej

Księga ku pouczeniu i zbudowaniu
wiernych katolików

1932 rok.

 

 

Szlakiem Świętej Rodziny

(Z „Wrażeń z podróży do Ziemi świętej”)

 

 

 

 

 

Daleko w ziemi chaldejskiej zaświeciła na wschodnim niebios skłonie gwiazda. Była tak jasna i promieniejąca, że podobnej gwiazdy jeszcze nie widziano. Zaczęto się naradzać, bo istniało podanie, że kiedy ta gwiazda zaświeci, narodzi się przez wszystkich oczekiwany Mesjasz.

Plan był gotowy. Trzej królowie, czyli przywódcy plemion, mieli wyruszyć w drogę, by odszukać Mesjasza. Na wielbłądy narzucono złociste czapraki, pakunki i dary. Karawana ruszyła z miejsca i wnet znikała tam, kędy niebo zlewało się z pustynią. Posuwała się naprzód wśród nieprze­bytych piasków Syryjskiej pustyni. Szła cicho i spokojnie, tylko chrzęst kopyt i dźwięk dzwonków, którymi były obwieszone wielbłądy, przerywały ciszę pustyni. Przeprawa przez pustynię była ciężka. Jednak gwiazda, co świeciła na niebios błękicie, dodawała królom otuchy.

 

 

 

 

Dojechali do Jordanu, przeprawili się w bród przez rzekę. Jadą doliną nadjordańską do Jerycha. Wtem nagle gwiazda znika. Co czynić? Niedaleko już Jerozolima, stolica Herodowa, tam im powiedzą wszystko.

Minęli Betanię, wjeżdżają do stolicy. Stanęli przed Herodem. Herod każę przywołać uczonych w piśmie. Mesjasz ma się narodzić w Betlejem Judzkim — odpowiadają.

Puścili się w drogę do Betlejem. Gwiazda im znowu świeci i prowadzi. Wreszcie staje nad stajenką. Wchodzą do stajenki i znajdują Dzieciątko w żłobie, a upadłszy na kolana, oddają Mu pokłon. Potem dary składają: złoto, kadzidło i mirę.

Trzej królowie opuścili byli Betlejem. Wtem oto we śnie ukazuje się św. Józefowi anioł Boży. Tej jeszcze nocy trzeba uchodzić stąd, bo Herod czyha na zgubę Dzieciątka — brzmi rozkaz wysłańca niebieskiego, Św. Józef wstaje natychmiast i budzi Najświętszą Panienkę. Rozpoczynają przygotowania do drogi. Gdy już wszystko gotowe, Maryja bierze śpiące Dzieciątko, do piersi Je tuli i dosiada osiołka. Za chwilę byli już w drodze.

Na dworze jeszcze noc głucha. Lekki dreszcz przebiegł świętego opie­kuna na myśl o tym, co się stać może. Lecz oto ufność wstępuje do serca, a usta szepczą modlitwę pochwalną.

Zmęczeni stanęli pod Hebronem obok studni na przydrożu. Po dziś dzień ogląda pielgrzym to miejsce pierwszego postoju. Szli dalej przez zie­loną dąbrowę judzkich gór, przez żyzną dolinę Mambre, kędy ongiś pasły się trzody Patryarchów.

Stąd już prowadził gościniec do Gazy. Za miastem otwierała się pusty­nia, zrazu jeszcze przerywana niejedną osadą, co jakby wstydliwie się kryła w cieniu wysmukłych palm. Wreszcie na dobre już rozlało się olbrzymie morze żółtego piasku — pustynia Arabska rozpoczynała swe władztwo.

Jak daleko okiem sięgnąć, widać tylko piasek, gdzieniegdzie w wydmy zebrany, piasek sypki, gorący.

Przeprawa była mozolna i trudna. Przed skwarem słońca szukali schro­nienia w skalnym wydrążeniu, nocą zaś odbywali podróż.

Wreszcie granica Egiptu. Później pierwszy kanał Nilowy. Niema już głuchego pustkowia, ziemia tu żyzna, bogata, pokryta pszenicznym łanem.

To ziemia Gessen, kiedyś miejsce pobytu Izraelitów w Egipcie. Pozostała jeszcze kolonia żydowska z własną świątynią w mieście Heliopolis, na przedmieściach dzisiejszego Kairu, stolicy Egiptu. W tę oto stronę kieruje św. Rodzina swe kroki. Tutaj jej nie dosięgnie gniew Herodowy, ni zemsta zbirów jego.

Najświętsza Rodzina osiadła nad brzegami Nilu, w mieście Heliopolis. Przyjęli ją zapewne ziomkowie z wielką serdecznością, wypytując o krew­nych, o kraj rodzinny. I mieszkanko im dali i pomogli urządzić nowe ognisko domowe.

Święty Józef zabrał się do pracy. Siekierą i dłutem zarabiał na chleb codzienny. Zrazu mało go było, jak mało jeszcze było pracy. Z czasem jego sumienność i pokora zyskały mu przyjaciół, i odtąd biedny warsztat ciesielski zawsze był w ruchu.

Najświętsza Panienka zajęta była wychowaniem Boskiego Dzieciątka. Ono chlubą jej było i troską jedyną. Wszystkie wolne chwile Jemu poświę­cone były. Jemu wszystkie łzy, lęki i obawy. Tu Go szczebiotów dziecię­cych uczyła. Tu Go prowadziła za rączkę, ucząc pierwsze kroki. Tu Matka Boskiemu Synaczkowi uszyła pierwszą sukienkę. Tu pracy imać się było trzeba, by starczyło na utrzymanie. „Jej ręce ujęły wrzeciono” — Marya tkała i przędła.

Pociechą im była Boska Dziecina. Błogosławione były one chwile wie­czorne, kiedy klęcząc przy kołysce, wpatrywali się w Jej anielskie oblicze. A potem, kiedy Dziecię zaczęło dorastać i kiedy w serduszku Jego zakwitły kwiaty wszystkich cnót, zapomnieli przykrości wygnania.

Zresztą czarujący to był kraj. Był pełen akacji kwitnących, palm i sykomorów — pełen ptaków barwnych, flamingów i pelikanów. Tuż obok ich domku toczył swe wody srebrzysty Nil, a tam w oddali błękitniały nie­botyczne piramidy.

I był to kraj wydarzeń wielkich Izraela. Tu Abraham, tu Jakub pędzili swe dni. Tu Mojżesz się wsławił cudami i pogromił Faraona.

I tak minęło wygnańczych kilka lat, aż oto Anioł Boży z niebios zstąpił, przynosząc nowinę, że Herod nie żyje i czas już wracać do żydow­skiej ziemi.

Minęły lata tułaczki. Dola wygnańcza się skończyła. Najświętsza Ro­dzina wróciła do miasta swego Nazaret, co znaczy kwiat; — rozradowało się z chwilą powrotu świętych wygnańców. Rozradował się „kwiat”, bo zakwitł w nim kwiat przecudnej piękności — Jezus Nazareński.

I domek stał na tym miejscu, na którem się wznosi dzisiejsza bazylika Zwiastowania. Przednia część domku była murowana, tylna zaś wykuta w skale. W skalnym tym wydrążeniu mieściły się trzy izdebki, przeznaczone dla świętych mieszkańców. Obok domku stał warsztat Józefowy.

Tutaj mieszkała Święta Rodzina. Te oto miejsca przez dwadzieścia lat patrzały na Jej znoje i żmudne prace. Na Jej świętość patrzały, na piękność Jej cnót.

Dużo było zajęcia dla Najświętszej Panienki. Dom, ogródek i stajenka — wszystko to było na jej głowie. Maryja mełła mąkę na żarnach, piekła chleb, gotowała w kuchence. Trzeba było rzeczy stare naprawiać i szyć nowe odzienie. Wieczorem zaś dźwigała wielkie dzbany, pełne wody, — z źródła pobliskiego.

Święty Józef pracował w warsztacie. Stare jarzma naprawiał, obrabiał drzewo na budulec — na sprzęt rolniczy.

Pomagał mu Pan Jezus. Krople potu spływały z czoła świętego, wśród mozolnej roboty. I Maryi pomagał Synaczek Boży, drwa znosił na ogień, pracował w ogrodzie.

 

 

W chwilach wolnych z rówieśnikami hasał po wzgórzach i łanach nazareńskich. Zabawiał się grą lub miłą pogawędką. Dla wszystkich dobry był, to też lubili go wszyscy. Kto Doń się zbliżył, odchodził lepszy, odnosząc w duszy iskierkę światła, dobroci.

W Nazarecie mieszkał Bóg. I nikt nie wiedział o Nim.

Tak ziarnko pszeniczne długo leży w ziemi, ukryte głęboko, i zamiera na pozór, nim w kłos wyrośnie złoty — ludziom na zbawienie. I wszystko po staremu działo się na świecie. Tak samo słońce świeciło na niebie, złote jak zawsze, i błękit lśnił takąż zawsze barwą. Ale już tęsknił za Nim świat i wołał ku niebu wzburzoną falą mórz i głosem wichrów, co huczały po szczytach nazareńskich gór,

X. Posadzy.

(Przewodnik Katol. r. 1928.)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

© salveregina.pl 2024