Św. Feliks Walezjusz

20 Listopada

Żywot Św. Feliksa Walezjusza.

(żył około r. 1200.)

 

 

 

 

Źródło: Żywoty Świętych Pańskich Starego i Nowego Testamentu z dzieła Ks. Piotra Skargi, T. VI 1880r.

 

 

Feliks, czyli Szczęsny, z królewskiego Walezjuszów rodu idący, urodził się w mieście Św. Kwintyna (St. Quentin) 1127 roku i był synem Ranulfa, hrabi Wermanduańskiego i Eleonory, hrabi Szampańskiego córki, małżonków. Z chwilą przyjścia na świat dziecięcia, matka jego odprawiając nowennę do Św. Hugona, arcybiskupa rotomageńskiego, modląc się przed ołtarzem jego, zasnęła; i ujrzała we śnie Matkę Najświętszą z Dzieciątkiem Jezus na Ręku, krzyż ciężki na Barkach dźwigającym. Przy Jej Boku stało też drugie dziecię z kwitnącą w ręku koroną, którą w zamian za krzyż Jego, podało małemu Jezusowi. Wielce zdziwionej tym widzeniem, ukazał się w tymże śnie Św. Hugo i rzekł te słowa: — “Dziecię, które tu widzisz, jest syn twój, którym cię Bóg obdarzy, a który królów francuskich lilie, na krzyż Chrystusowy zamieni i z tobą go podzieli”. To powiedziawszy, znikł Święty, Eleonora zaś ocknęła się i powróciła do domu. Nazajutrz powiła zwiastowanego sobie syna i nazwała go Hugonem, które to imię sam Święty udając się na puszczę, na imię Feliksa później zamienił.

Jeszcze był Feliks przy piersiach, gdy wielka w tych krajach susza ciężki głód sprowadziła. Nie miano już czym ubogich żywić, i Eleonora zmuszona była oszczędnie jałmużnę dawać. Zdarzyło się dnia pewnego, iż wielka liczba ubóstwa do pałacu się zeszła, a chleba dla nich nie stało. Bawiąc dziecię piastunka Feliksa, Natchnieniem Bożym wzbudzona, ująwszy rączkę dzieciny, przeżegnała nią resztę chleba, który w tej chwili cudownie rozmnożony, pozostałych głodnych obdzielił. Widząc to piastunka, obraca się z niemowlęciem ku polom i one tąż jego rączką trzykrotnie błogosławi. Aż tu niezwłocznie puścił się deszcz rzęsisty, po którym wielka żyzność i obfite nastąpiło żniwo.

Wrodzone miłosierdzie dla ubogich, którym się później tak wysoko wsławił, objawiało się w Feliksie od najmłodszego wieku. Wychowując się u wuja swego Teobalda IV, kiedy razu jednego rozdawano jałmużnę, wyrwał się z rąk piastunki, pobiegł do pieniędzy, a ile mógł zaczerpnąć, brał i ubogim rozdawał. Zauważywszy Teobald jego w tym upodobanie, wszystkie odtąd jałmużny za jego pośrednictwem rozdawać kazał. Podrastając chłopczyna, ćwiczył się u cnotliwego wuja swego we wszelkich miłosiernych uczynkach, i jeden z drugim w miłości ku Panu Bogu i bliźniemu, o pierwszeństwo z sobą walczyli.

Pomnażało się z latami w chłopięciu wielkie dla biednych współczucie: potrawami ich stołu swego obsyłał, własnymi sukniami przyodziewał; słowem, każdej ich potrzebie gorącym sercem niósł pomoc. Między tysiącami podobnych zdarzeń, spotkawszy raz ubogiego, a nie mając z sobą pieniędzy, zdjął płaszcz kosztowny z siebie i jemu go darował. Widząc go na tym biedaku, rozumiano, że go złodziejskim nabył sposobem i wtrącono obwinionego do więzienia. Dowiedziawszy się o tym Feliks, z płaczem pobiegł do niego i uwolniwszy, przepraszał za wyrządzoną krzywdę, po czym u stołu go swego posadził, a do tego znaczną jałmużną obdarzył.

Doszedłszy Feliks lat odpowiednich, oddany został zwyczajem tam tych wieków, na nauki do Św. Bernarda do Klarawalli, gdzie w Zakonie Cystersów znalazł między innymi, blisko spokrewnionego z sobą męża wielkiej świątobliwości, Henryka, królewicza. Przykład ten silnie na niego oddziałał, i zapragnął młodzieniaszek idąc w jego ślady, do Zakonu też wstąpić. Odradził mu to Bernard Święty ze względu na jego młode lata, a razem jakoby duchem prorockim wiedział, iż Feliks powołany był od Pana Boga na postanowienie kiedyś nowego Zakonu. Ulegając atoli usilnej prośbie jego, pozwolił mu Święty Opat brać udział w zakonnych umartwieniach i nabożeństwie, co nowy przybysz tak gorliwie spełniał, a nauki i cnoty Bernarda tak brał do serca i tak pilnie naśladował, iż w niedługim czasie w młodym Feliksie żywy obraz świętego i doskonałego Bernarda widziano.

Będąc raz ze Świętym mistrzem swoim w Karmicie, u wuja swego Teobalda, hrabi Szampanii i Blezu, dowiedział się Feliks, iż miano prowadzić na stracenie złoczyńcę obwinionego o morderstwo. Prosił on wtedy pokornie wuja o ułaskawienie nieszczęśliwego. A gdy mu przekładano niegodne występki winowajcy, rzekł na to młodzieniec: Kto i jakim był dotąd, nie wiem, to wiem tylko, że na przyszłość będzie człowiekiem cnót wielkich!— Ułaskawił Teobald skazanego, a proroctwo Feliksa ziściło się co do słowa; wstąpił on do klasztoru Św. Bernarda, i bardzo świątobliwe aż do śmierci wiódł życie. Doszła potem wiadomość Feliksa o niebezpiecznej chorobie matki jego Eleonory, a kiedy modlił się o jej zdrowie do Ukrzyżowanego Pana Jezusa, usłyszał z krzyża te słowa: „Synu mój, ani tobie, ani twej matce nie jest z pożytkiem to o co prosisz”. I zniósł spokojnie swą bolesną stratę, polecając duszę matki Miłosierdziu Bożemu.

Osierocony tą śmiercią Feliks, dostał się w opiekę ciotecznego swego brata króla Ludwika VI, na którego dworze, nie odstępując od swej świątobliwości, ćwiczył się pilnie w rzemiośle wojennym, w nadziei bliskiej na krucjatę wyprawy. Pewnego razu zdarzyło się w czasie igrzysk rycerskich, iż młodzian jeden spadł z konia i na miejscu się zabił. Obecny temu Feliks, przerażony jak wszyscy tym nieszczęsnym wypadkiem, przybiega do leżącego bez duszy, upada na kolana i pomodliwszy się serdecznie, bierze go za rękę i z wielką wiarą i ufnością rzecze: „W Imię Trójcy Najświętszej wstań!“ A młodzieniec powstał natychmiast tak zdrowy, jak gdyby najmniejszego szwanku nie odniósł.

Kiedy wszystko do wojny gotowe było, Feliks wraz z królem do Ziemi Świętej wypłynął. Tam nie poszczęściło się królowi, powrócił więc z nim do Paryża, i uważając iż lepsza rzecz jest być zwycięzcą siebie samego niżeli się z nieprzyjacielem ucierać, rzucił rycerskie przepaski, uszedł z pałacu do Klarawalli i tam zwierzył się Bernardowi Świętemu, iż unikając zgiełku światowego życia i spadającej na siebie prawem, sukcesy i do tronu, zamierzył nieodwołalnie zostać pustelnikiem. Nie sprzeciwił się temu wcale Bernard Święty, za jego tylko poradą, dla łatwiejszego uniknięcia korony, Feliks poprzednio przyjął święcenia kapłańskie, i odprawiwszy pierwszą Mszę Świętą w Paryżu, puścił się dopiero z wielką radością w zamierzoną podróż. Spotkawszy w drodze ubogiego, zamienił z nim swe szaty i podążył potajemnie w odludne góry Prodelii, niegdyś pustelnictwem Św. Fiakrego, królewicza irlandzkiego, sławne. Tam znalazłszy kapliczkę Matki Najświętszej i szczątki pozostałej Św. Fiakrego chatki, w niej obrał sobie mieszkanie. Trudno wyrazić jakimi postami, czuwaniem dniem i nocą na modlitwie, jakimi umartwieniami trapił swe ciało; jakie szatańskie pokusy wycierpiał. Wszystko to jednak mężnie zwyciężył, jak owi niegdyś pustelnicy Tebaidy, i o ile z jednej strony doznał smutku i ciężkości, o tyle z drugiej Pan Bóg go Łaskami Swymi obdarzał i cieszył. Miewał on widzenie Świętych i Aniołów Pańskich, Królowej Nieba i ziemi, a nawet i Samego Chrystusa. Opatrzność Boska czuwała nad nim troskliwie i kiedy mu wśród zimy korzonków ku pożywieniu zabrakło, kruk co niedzielę przynosił mu bułkę chleba, która mu na cały tydzień wystarczała.

Niedługo jednak świątobliwość Feliksa zataić się mogła przed ludźmi. Pasący tam w pobliskości trzodę swoją pasterze, opowiadali o nim po wsiach i miasteczkach, czym pobudzony pewien człowiek mający ślepego syna, udaje się do pustelnika. Już zbliżali się do jego chatki, gdy ślepy, przez niebaczność ojcowską wpada w wodę i zalewa się, nim mógł być wyratowany. Strapiony ojciec śpieszy czym prędzej do Feliksa i z płaczem o wskrzeszenie zmarłego syna uprasza. Idzie do niego Święty, i po rzewnej modlitwie, życie umarłemu przywraca. Uradowany ojciec szedł już spokojnie do domu, gdy razem spostrzegłszy się, że syn jego ślepym jak był pozostał, pełen dobrej otuchy, powraca do Świętego pustelnika, który jak pierwej życie zmarłemu, tak teraz wzrok ślepemu synowi jego przywrócił.

Przepędził Feliks lat przeszło 20-cia na puszczy, gdy razu jednego, modląc się jak zwykle gorąco, ujrzał przed sobą Anioła Pańskiego, który mu oznajmił, iż Pan Bóg ześle mu wkrótce towarzysza, imieniem Jana. I w samej rzeczy, niedługo potem Św. Jan de Matta wiedziony Duchem Bożym, zachodzi w te strony i puka do drzwi Feliksa, który przyjmuje gościa witając go po imieniu, czym mu od razu swej świątobliwości dał dowód. Przeżyli z sobą dwaj pustelnicy w świętej jak Eliasz z Enochem społeczności, lat trzy. Aż im Pan Bóg objawił ukazaniem jelenia białego, krzyż błękitny i czerwony pośrodku rogów mającego, a następnie przez Anioła im zalecił: ażeby się udali do Rzymu, w celu ustanowienia nowego Zakonu, ku wykupywaniu z mocy pogańskiej niewolników.

Porzuciwszy wtedy swą ulubioną puszczę, dwaj towarzysze puścili się w drogą. W Rzymie Papież Innocenty II-gi zatwierdził obmyślony przez nich Zakon; po czym Święci poszli do Paryża, napisali tam własną Regułę, i przyjąwszy do powstającego Zgromadzenia swojego wielu godnych i uczonych ludzi, wrócili znowu na góry Prodelii, gdzie pierwszy klasztor pod nazwą „Cervi frigidi” (zimnego jelenia) na pamiątkę owego przy źródle widzianego, założyli. Tam Feliks dla rządzenia nim pozostał, a Św. Jan de Matta udał się znowu do Rzymu, dla uzyskania potwierdzenia swej Reguły i dla ufundowania w tym mieście drugiego klasztoru. Żegnał go Feliks z wielkim żalem, oznajmiając mu, iż się więcej widzieć nie będą, i że on, Feliks, miał pierwej umrzeć. Co się też i sprawdziło.

Zostawszy sam w klasztorze, Święty z takim staraniem przełożeństwo swe pełnił, tak wysokimi odznaczał się cnotami, iż wielu znakomitych ludzi zwabionych jego przykładem, garnęło się do Zakonu, który się niemal po całej Francji i Belgii rozszerzył. A mąż święty czy to przez pieniądze dosyłane Janowi Św., czy przez pobożną brać swą zakonną, przeszło 4,100 niewolników staraniem swoim spod jarzma muzułmańskiego wykupił.

Zdarzyło się w klasztorze, iż w wigilię uroczystości Narodzenia Najświętszej Panny, wszyscy zakonnicy godzinę Jutrzni zaspali. Feliks tylko zwyczajem swoim poprzedzając tę porę, wszedł do chóru i ujrzał na pierwszym miejscu Najświętszą Pannę w habit Zakonu tego przybraną, otoczoną gronem Aniołów, z którymi złączywszy się kapłan święty, zaczętą przez Matkę Bożą północną Jutrznię odśpiewał i od Przeczystej Dziewicy Błogosławieństwo otrzymał. Zrozumiał on po tym widzeniu, iż się zbliżała chwila, w której z ziemskiego chóru miał się do Anielskich wybierać.

I pełen też wieku, podjętymi dla Pana Boga i bliźniego trudami zwątlony, zachorował śmiertelnie. Zebrawszy wtedy wszystkich braci zakonnych, poszedł z nimi do kościoła, kazał im odśpiewać Te Deum laudamus, Mszy Świętej wysłuchał, posilił się Chlebem Anielskim na drogę wieczności, dał braciom błogosławieństwo zachęcając ich do miłości ku Panu Bogu, ubogim i niewolnikom; a powróciwszy do swej celki, przyjął Ostatnie Namaszczenie i całując pobożnie krucyfiks, zasnął w Panu mając lat 85 i pół. Umarł 4 listopada 1212 r. Śmierć Feliksa ogłosiły same przez się nieporuszane dzwony. A w chwili zgonu ukazał się Mąż Boży w wielkiej jasności Św. Janowi, towarzyszowi swemu w Rzymie, podczas kiedy się modlił, i śmierć mu jego w następnym roku przepowiedział. Św. Feliks przepędził na puszczy lat 20, z Św. Janem de Matta lat 3, w zakonnym życiu lat 13. Ciało jego w klasztorze Cervi frigidi pozostało, a Papież Urban IV policzył go wraz z Janem de Matta w poczet Świętych.

Daj nam, Boże, tak jak on czcić Matkę Chrystusową serdecznym i pełnym uwielbienia uczuciem, naśladować go w uczynkach miłosierdzia, pogardzać próżnością świata, a starać się usilnie o Królestwo Niebieskie. Amen.

 

 

Pożytki duchowne.

 

 

Pan Bóg w Świętych Swoich dwojaką podaje nam naukę. Przedstawia On nam w nich najpierw urzeczywistnienie cnót jakich po nas wymaga, a których przy Pomocy Łaski Jego, własnymi siłami dobijać nam się każe. Po wtóre, w tak odtworzonym przez Samego Siebie człowieku, w owej potędze ducha, który już przezwyciężył i opanował wszystkie pożądliwości ciała swojego, ukazuje nam cień i przedsmak Mocy i Chwały, królującej wieczyście z Panem Bogiem duszy.

Pan Bóg w cudach jakie na prośby tak zasłużonych i wybranych Swych czynił, żywą daje odpowiedź tym, którzy twierdzą, że porządek i prawa nadane światu, zmienione, a raczej naruszone nigdy być nie mogą. Twierdzenie takie pociąga za sobą wiarę w przeznaczenie, które ani z wolnością człowieka, ani ze Sprawiedliwością Boską pogodzić się nie da. Pan Bóg jest zaiste Twórcą, ale i Panem natury, nadał jej w świecie fizycznym niewzruszone prawa, którymi jednak nie przestał, Sam według Upodobania Swego rządzić. Gdy znowu w sferach moralnych, w sferach ducha, pozostawił nieskończony ruch i życie, odpowiadające złej lub dobrej woli, wyższym lub niższym dążeniom jakie nami kierują, a które bezustannie modyfikują się przez współdziałanie odpowiedniej usiłowaniom naszym Łaski. Zasługa przeto, modlitwa sprawiedliwego, są owymi potęgami nakłaniającymi Ucho Boże ku proszącemu, jak nas o tym Zbawiciel upewnił, mówiąc „Szukajcie, a znajdziecie; proście, a otrzymacie; kołaczcie, a będzie wam otworzono”. Pan Bóg bowiem żyje, Pan Bóg działa wiecznie; bo jako Sam powiedział: “Jest on Bogiem żyjących, a nie umarłych duszą”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

© salveregina.pl 2023