Św. Jan Gwalbert

12 Lipca.

Żywot Św. Jana Gwalberta, założyciela zakonu Wallumbrozjanów.

(żył około roku 1040.)

 

 

 

 

Źródło: Żywoty Świętych Pańskich Starego i Nowego Testamentu z dzieła Ks. Piotra Skargi, T. IV, 1880r.

 

 

Jan Gwalbert urodził się w mieście włoskim Florencji. Ojciec jego rycerskiego stanu człowiek, nosząc w sercu zemstę przeciw zabójcy brata swego Hugona, w synu też samo zaszczepił uczucie. Trafiło się tedy razu jednego, iż młodzieniec idąc z swym pachołkiem do Florencji, spotkał owego winowajcę w tak ciasnym miejscu, iż się minąć nie mogli. Już miał natrzeć na niego aby mu cios śmiertelny zadać, kiedy przeciwnik padając przed nim na kolana, zawołał: O! dla miłości Ukrzyżowanego Pana Jezusa, odpuść mi i daruj życie! – Usłyszawszy Jan Imię Ukrzyżowanego, który się za swe nieprzyjacioły modlił, przebaczył mu, dodając: – Zakląłeś mnie na Imię Tego, u Którego i ja też odpuszczenia grzechów żebrzę. Niechże ci Pan Bóg odpuści, jak ja ci z serca odpuszczam; idź w pokoju gdzie zechcesz. – I serce jego dziwną napełniło się słodkością potem nad sobą zwycięstwie dla Chrystusa Pana, a gdy jadąc obok kościoła Św. Miniata wszedł doń, i przed krucyfiksem pobożnie się modlił, ujrzał jak wiszący na nim Zbawiciel Głowę ku niemu skłonił. Zrozumiał Jan w uniesieniu wielkiej radości, iż Pan Jezus ofiarę jego z przebaczenia nieprzyjacielowi takiemu, wdzięcznie przyjął. A rozważając, iż Łaska owa do większych jeszcze powołuje go zasług, postanowił świat porzucić, a pójść na służbę umęczonego Chrystusa Pana. Nie odwlekając przeto, udał się do klasztoru przy tymże będącego kościele i prosił opata tamtejczych zakonników góry Oliwnej, aby go do zgromadzenia swego przyjęli. Jeszcze młodzian w swym świeckim ubiorze przez czas próby chodził, gdy ojciec dowiedziawszy się, że chce mnichem zostać, pospieszył do klasztoru aby go stamtąd wyrwać i pogroził zakonnikom swym gniewem, jeżeli by się oblec go poważyli. Ale Jan ukrył się przed nim, iż odjechać próżno musiał, i gdy prośbami wymóc nie zdołał, aby mu prędzej głowę ogolono i w szatę go zakonną przyodziano, sam w gorącości ducha ogolił się, a porwawszy habit jednego z braci, położył go na ołtarzu, i z pełnym w sercu weselem, sam go na siebie włożył. Uwiadomiony ojciec o wszystkim, rozpaczał rzewliwie nad osieroceniem swoim. Aż ubłagany z czasem i pocieszony od opata do którego z narzekaniem się udał, pobłogosławił syna i polecił mu, aby statecznie w swym przedsięwzięciu wytrwał.

Tak utwierdzony na obranej drodze Jan Święty oddał się całym sercem zakonnemu życiu. Postami i wszelkimi umartwieniami trudził ciało, a wystrzegając się próżnowania, pilnością w modlitwie, głębokością pokory, doskonałością ubóstwa i posłuszeństwa, wymowny przykład wszystkim z siebie dawał. Niezadługo też gdy tam opat umarł, Jan jednomyślnie na jego miejsce obrany został. Wymówił się atoli pokornie z przełożeństwa, znając to dobrze iż łatwiej słuchać jak rozkazywać, a że im kto wyżej stoi, tym jest bliższy upadku, i mocniej się stłucze.

Znalazł się w zamian inny, niegodny brat w tym klasztorze, który kupiwszy sobie u niemniej zdrożnego biskupa florenckiego opactwo, objął zwierzchnictwo nad bracią. Czyn taki świętokupstwa oburzył prawych sług Pana Chrystusowych i obwołany został publicznie na rynku miasta, aby zasłużoną karę ściągając na Symoniaków, odstręczał innych od zbrodniczego ich naśladowania. Jan do żywego dotknięty tym upadkiem duchownego pnącego się na urzędy i to jeszcze przekupstwem, zmówiwszy się z jednym z braci, opuścił tajemnie klasztor i miasto, i wraz z nim udał się na pustynię Kameldulską. Tam czas niejaki przepędził, przypatrując się odosobnionemu sposobowi życia zamieszkujących ją ojców.

Zgodniejszym jednak z swym przekonaniem uważając być żywot klasztorny, poszedł dalej szukać miejsca w którym by się rządzono Regułą Św. Benedykta. Takim znaleźli być oba towarzysze dolinę Valumbrosa, gdzie dwóch mnichów służących Panu Bogu w wielkiej pobożności, maleńkie chatki mieli. Upodobali sobie to miejsce nowo przybyli, umyślili tam zostać i zbudowali małe z drzewa mieszkanie, gdzie wspólnie wszyscy, zakonny wieść poczęli żywot.

Sława świętobliwości Jana ściągnęła niebawem do nich świeżych towarzyszy. A ksieni klasztoru Św. Hilarego słysząc o ich zamiarach, dostarczyła im potrzebnych funduszów, ksiąg i żywności ku gruntowniejszej podstawie ich bogobojnego bytu. Tu już Święty założyciel obrany starszym, wymówić się nie mógł; nadał zgromadzeniu swemu Regułę Św. Benedykta i postanowił, iż bracia dla klasztornej tylko potrzeby i za dozwoleniem przełożonego, poza dom wychodzić będą mogli. Miłosierny, łaskawy i cierpliwy, o tyle srodze gromił występnych, o ile pokutującym łagodnym był i wybaczającym. W umartwieniach też ciała sam innym z siebie przykład dawał. Zbyteczną ostrością postów, tak zdrowie swoje popsuł, iż go tylko troskliwość braci przy życiu utrzymywała. To go też uczyniło względnym i umiarkowanym bardzo w obchodzeniu się z drugimi, i trudno było więcej być od niego ludzkim i bacznym na innych potrzeby.

Jan Gwalbert za pomocą króla i panów zakonu swego, pięć klasztorów tejże Reguły założył, i objedżając je od czasu do czasu, sam pilnie czuwał nad nimi. Nawiedzając raz klasztor swój Muscetański, zobaczył w nim kosztowne zabudowania i rzekł do opata Rudolfa: Wielkie tu poczyniłeś nakłady, nabudowałeś pałaców bez mojej wiedzy; iluż to ubogich wspomóc za to można było! I zasmucony, obróciwszy się do małej rzeczki, która tam płynęła, przemówił: Boże Wszechmogący, Który z rzeczy małych czynisz wielkie, spraw aby ta nędzna rzeczułka szkodliwe te mury zniszczyła! – I zamyśliwszy się, odszedł. Wtem owa rzeczka nie wiedzieć jakim sposobem szybko wzbierać poczęła, i tak się wzniosła, iż woda z góry wielkim pędem spadając, klasztor ów poderwała i obaliła. Chciał Rudolf na innym miejscu nowy zbudować, ale mu rzekł Jan: Nie zmieniaj miejsca, postaw go tylko skromnym i ubogim, a nie będziesz potrzebował obawiać się rzeczki.

Zdarzyło się pewnego razu, iż do klasztoru jego wstąpił bogaty jeden człowiek, który odsuwając od spadku swych krewnych, sporządził akt darowizny majętności swych klasztorowi, i opatowi go przyniósł. Przybywszy tam Jan Święty, podarł ów zapis, mając to przekonanie, iż ludziom zakonnym, którzy na małym przestawać powinni, zbytek wcale nie przystoi, a wielce ich w pychę podnosi.

Miał ten Święty wysoki dar czytania w sercach ludzkich, i ducha prorockiego; wiele też dobrodziejstw ludziom z miłości ku nim u Pana Boga wypraszał. Miłosierdziu dla ubogich nie kładł granic; w wielu wypadkach wyzuwał się z ostatnich zasobów klasztornych, aby opatrzyć żebrzących. A Pan Bóg za każdym razem, cudownie zsyłał mu zapasy nowe, tak, że nigdy zgromadzenie braku ich nie znało. W czasie ogólnego w tych stronach głodu, gdy lud ubogi żywności gdzie mógł szukał, cisnąc się też tłumnie do pobożnych zakonników, Jan Święty stojąc we drzwiach klasztoru Radzyole, widząc stado krów pasących się na wysokiej skale, modlić się począł: – O Pawle Święty! spuść jedną z krów tych ubogim. I wnetże krowa spadła i zabiła się, a on ją ubogim wziąć kazał. Następnie przez dni dziewięć to samo się powtarzało, aż pasterze wzruszeni poniesioną stratą, przyszli, narzekając przed Świętym, który pocieszając ich, rzekł: Uspokójcie się, żadnej nie poniesiecie szkody. – I gdy wrócili a obliczyli swe bydło, żadnej nie brakowało im sztuki.

Za jego to czasów świętokupstwo, czyli Symonia wielce się była rozpowszechniła. Wiedział dobrze Jan Święty, iż Piotr z Tyczyna, biskup florencki, za pieniądze godność tę kupił; upominał przeto wiernych, iż się nie godziło mieć z nim społeczności, i Sakramenty Święte z rąk jego przyjmować. Wielkie to między dwoma stronnictwami, sprawiło we Florencji zamieszanie; rozjątrzony biskup nasłał żołdaków na klasztor Św. Salwiusza, gdzie jak sądził, miał się znajdować Jan Święty, i zabić go rozkazał. Lecz napastnicy już go tam nie zastali; na klasztor jednak uderzyli, zburzyli go i spalili, mnichów ranami i wszelkimi zniewagami okrywszy. Zakonnicy ci wtedy ponieśli ustną skargę do Rzymu, do Papieża Aleksandra II, popierając swój zarzut o świętokupstwo przeciw Piotrowi z Tyczynu. A na dowód prawdy swojego twierdzenia, oznajmili, iż chcą iść w ogień, z którego jeżeli wyjdzie cało ten, którego między sobą wybiorą, biskup usunięty zostanie; a jeśli przeciwnie się stanie, to go jako przystoi czcić będą, i odwołają uczynione mu zarzuty.

Podobała się myśl ta i radzie we Florencji i miastu; w dniu przeto naznaczonym przygotowano dwa stosy drzewa, miedzy którymi ciasną. węglami żarzącymi pokrytą zostawiono uliczkę. Posłano po biskupa, ale ten przyjścia odmówił. Mnóstwo tylko zgromadziło się ludu, a duchowieństwo Mszę Świętą odprawiwszy, z wielkim zbliżało się nabożeństwem, wołając o pomoc do Pana Boga. Wystąpił nareszcie opat jeden, Piotr, towarzysz Jana Świętego, który gorąco tymczasem modlił się na stronie, i gdy drzewo zapalono, a płomień wzniósł się silny i ścieżkę opanował, Piotr westchnąwszy jeszcze do Pana Boga, aby im odkrył doskonałą prawdę, puścił się w ogień, i przeszedł przezeń bez uszkodzenia tak na ciele jak i na sukni. Wszystek lud wtedy okrzyknął winnym florenckiego biskupa, i odsunął się od niego. Senat zaś florencki opisał rzecz całą Papieżowi, który niebawem świętokradcę z biskupstwa złożył, innego w jego miejsce mianując biskupa. Rozgłos też tego cudu przyczynił się niepomału do położenia tamy tak wielkiemu nadużyciu we Włoszech.

Jan Święty doczekawszy późnej starości, bo już miał lat 78, zachorował, i wezwawszy opatów swego Zakonu, śmierć im swoją oznajmił, zalecając, aby Reguł przestrzegali, a w miłości się i jedności zachowali. Po czym przyjąwszy Sakramenty Święte, zasnął w Panu r. 1037. Pochowany w klasztorze Passygnianie, gdzie wielkimi cudami słynie. Za co Panu Bogu cześć i Chwała na wieki. Amen.

 

 

Uwaga.

 

 

Nic tak nie odpowiada wymownie na wszelkie zarzuty jakie nieprzyjaciele i nieumiejętni Kościołowi Świętemu naszemu czynią o wprowadzone przez niego nadużycia, jak ta ciągła walka Świętych i licznego, prawego duchowieństwa z kapłanami wszelkiego stopnia, którzy jakim bądź błędem przeciw Wierze, lub wykroczeniem przeciw Prawu i moralności Kościoła Świętego, święty charakter nauki, i godności jego skazili. Nie tylko w podobnych wypadkach nie starano się ukrywać ich przewinień, ale przeciwnie, sami duchowni publicznie je potępiali i publicznie karali. Jak wtedy dawniej zacni duchowni wkradające się pomiędzy nich złe postępki i zbrodnie sami światu głosili; tak też i naszym dziś jest obowiązkiem, przedstawiając równie błędy jak i cnoty poprzedników naszych, wykazywać w prawdziwym świetle z jednej strony wiadomą nam ułomność natury ludzkiej, z drugiej zaś doskonałą mądrość i czystość Świętej Religii naszej, której żadne wyboczenie człowieka nie zachwieje, bo Jej „bramy piekielne przemóc nie potrafią”.

 

 

 

 

 

© salveregina.pl 2023