św. Tomasz z Akwinu

7 marca

ŻYWOT ŚW. TOMASZA Z AKWINU.

(żył około r. 1230.)

 

 

Źródło: Żywoty Świętych Pańskich Starego i Nowego Testamentu z dzieła Ks. Piotra Skargi, T. II, 1880r.

 

 

Syn szlachetnych hrabiów z Aquinu Landulfa i Teodory, z książąt Normandzkich ród swój wiodących; wielki i chwalebny Doktor Kościoła; światło i podpora Katolickiej Nauki, Tomasz Święty pierwszym zaraz dzieciństwie, przez pewne znaki Łaski Bożej nad nim, przyszłą swą świętobliwość zwiastował. A kiedy podrastał, najulubieńszą rozrywką i pociechą była mu książka, zapowiadając w tym jego upodobaniu, przyszłego wielkiej nauki męża. W pięciu latach życia oddany przez rodziców do klasztoru kasyńskiego Św. Benedykta, uchronił tym Zrządzeniem Bożym swą młodość, od zmazy lekkomyślnego światowego towarzystwa. Małym jeszcze będąc, nauczyciela swego często pytał: Co by to był za Bóg, Którego Imię tak wiele powtarzane słyszał? A co mu powiedziano, dobrze w pamięci chował. Mądrość też Tomasza wyprzedzała lata; był on dziwnie stateczny, skromny i miłujący milczenie.

W dziesiątym roku życia powróciwszy chłopczyna do rodziców, w Neapolu pobierał nauki, w których szybkie czyniąc postępy, pobożność i ufność w Panu Bogu za fundament wszystkiego położył. Mając lat 13 opuścił już bogatych rodziców, świeckie rozkosze, i zaszczyty wysokiego stanowiska, naśladując Chrystusa Pana w poniżeniu samego siebie, i w ubóstwie. Dążąc zaś do coraz wyższej chrześcijańskiej doskonałości, wstąpił do Zakonu Św. Dominika. Obrażona tym matka namówiła braci jego Landulfa i Arnolda, aby go stamtąd wydostali i do niej przywiedli. Dowiedziawszy się o tym przełożony Zakonu, Tomasza z Neapolu do Rzymu wysłał; ale ten właśnie w drodze przez nich schwytany, matce odprowadzony został.

Nie pominęła matka żadnych sposobów, którymi by serce syna od jego postanowienia odwrócić mogła. Mężnie stawił się młodzian święty jej oporowi, więcej ważąc sobie zakonny ubiór, niźli królewski szkarłat. Kazała go więc w zamku jednym pod strażą osadzić, i słała to braci, to siostry do niego, ażeby prośbami i serdecznymi przedstawieniami starali się go odwieść od powziętego zamiaru. Szczęśliwiej jednak jak matce, powiodło się tu Tomaszowi samemu, bo chociaż pełną Ducha Świętego mądrością swoją, obiedwie siostry ku gorącej pobożności zwrócił, jedna z nich nad to, wzgardziwszy światem, w zakonnym i bogomyślnym stanie żywota szczęśliwie dokonała. Na koniec, ponieważ jak Pismo Święte  mówi: „Z domowników naszych najwięksi nieprzyjaciele nasi“, rodzina Tomasza do piekielnego wzięła się sposobu: nasłali mu piękną, ale ma się rozumieć nieuczciwą niewiastę, aby ta swoim omamiwszy go urokiem, do zarzucenia pobożnych postanowień skłoniła. Lecz poznał święty młodzieniec zasadzkę, a westchnąwszy o pomoc do Pana Boga, porwał głownię z gorejącego na kominie ognia, i z gniewem tak nią uderzył zdrajczynię, że przestraszona uciekła. On zaś krzyż ową głownią na ścianie nakreśliwszy, padł na twarz, błagając Chrystusa Pana, aby go czystym, bez grzechu zachował. Wtem zdrzemnął się Tomasz, i w tejże chwili ujrzał dwóch Aniołów, którzy zbliżywszy się do niego, pasem go ściągali, mówiąc: „Ściągamy ciebie pasem czystości, który się nigdy nie przerwie”. I taką boleść uczuł, iż krzyknął i ocknął się, aż straż strwożona przybiegła. Bratu swojemu tylko, i to przed samą śmiercią, opowiedział to zdarzenie; a na świętym życiu jego wiernie się obietnica Anielska ziściła.

Po dwóch latach widząc matka stałość syna świętego, bojaźnią Bożą wzruszona, opierać mu się więcej nie chciała, i dopuściła, aby go straż tajemnie Dominikanom wydała. Spuszczony oknem Tomasz Święty, do Neapolu powrócił, skąd na naukę do Paryża był posłany. Po niejakim czasie przełożeni słysząc o sławnej, a głębokiej umiejętności Alberta Wielkiego w Kolonii, tam go zgodnie z życzeniem jego wyprawili. Kształcił się pracując pilnie młodzian święty; a towarzysze przypisując tępemu rozumowi milczenie, skromność i cichość jego, niemym go wołem przezwali. Lecz wkrótce Pan Bóg go jakim był ukazał; gdy bowiem na pewne trudne zadanie odpowiadać raz publicznie musiał, mądrością słów i twierdzeń swoich, nauczyciela prawie przewyższył. I rzekł mu Albert Wielki: — Tomaszu, nie jako uczeń, lecz jako mistrz odpowiadasz. A obróciwszy się do jego towarzyszy, dodał: — Wy go niemym wołem zowiecie, ale ten wół tak kiedyś ryknie, że go świat cały słyszeć będzie! — Wkrótce potem powołany do Paryża, księgi Sententiarum Lombard z niezmiernym wszystkich podziwieniem, wykładał, świadcząc o głębokości swej nauki.

Gdy z bakałarza teologii, na doktora posunięty został, pokora Tomasza opierała się całą siłą przyjęciu stopnia uczoności, którego się bynajmniej godnym być nie uznawał. Aż pewnej nocy miał widzenie: jakoby klęczał na modlitwie, a poważny starzec jakiś zbliżył się do niego, zapytując: O co by tak Pana Boga z płaczem prosił? — Mianowano mnie doktorem teologii, odpowie, a ja nie czuję się godnym takiego wyniesienia; ani wiem nawet, co mam wziąć za temę przemowy mojej. — Bądź dobrej myśli, a starszym posłuszny, rzecze mu starzec: za temę zaś mieć będziesz owe słowa Psalmu: „Pokrapia góry z wysokości swojej, a z pożytku dzieła Jego nasyca się ziemia“. Wtem ocknął się Święty, i złożywszy dziękczynienie Panu Bogu, został doktorem, na wielki pożytek Kościoła.

Do ksiąg i pisania nie brał się nigdy Tomasz Święty bez uprzedniej modlitwy, a kiedy miał co trudnego wykładać, i post do niej łączył. Bratu swojemu Reginaldowi mówił, iż to co umiał, nie własną pracą nabył, ale z Daru Bożego uzyskał. Pisma jego obejmujące 18 ogromnych tomów, pełne wielkiej, głębokiej mądrości, po dziś dzień przyświecają Kościołowi jako pochodnia i skarb niewyczerpany. Na powszechnym Soborze Trydenckim, kiedy najważniejsze
dogmata naszej Wiary Świętej orzeczone zostały; na stole przy którym ojcowie soborowi narady odbywali, dwie księgi tylko umieszczone były: Pismo Boże i Summa teologiczna Św. Tomasza. W mowie i kazaniach szczęśliwy, żydów także niemało rozmową swoją Panu Bogu pozyskał.

Szczególniejsze miał mąż Boży nabożeństwo do Najświętszego Sakramentu. Mszę Świętą co dzień jedną odprawiał, a przy drugiej kapłanowi służył. A obawiając się, by sama chłodna i surowa nauka serca mu nie osuszyła, szukał delikatniejszej strawy w czytaniu Żywotów i powieści Świętych.

Gdy się raz modlił gorąco przed krucyfiksem, usłyszał głos mówiący, który i obecne temu osoby słyszały: „Dobrześ o mnie pisał Tomaszu, jakiej chcesz ode mnie zapłaty?“ — Nic nie chcę, prócz Ciebie Samego, Panie mój! — zawołał. I niezmierną przejęty pociechą tym więcej pracował, modlił się i rozmyślał. W chwilach podobnych niekiedy, od pamięci prawie odchodził. I tak: zdarzyło się, iż siedząc u stołu króla francuskiego Ludwika Świętego, gdy mu w głowie utkwiło to co przeciw herezji Manichejczyków pisał, jedząc, w głos zawołał: Przekonani są Manichejczykowie. Pisz bracie co ci powiem. Wtem trąci go w bok siedzący przy nim przeor, mówiąc: — Doktorze, wszak nie w klasztorze, ale u króla jesteśmy. — A on zmieszany, przepraszał króla, który znając zwyczaj jego, pisarza przyzwać kazał, aby myśl jego nie zginęła mu w pamięci.

Urban IV, Papież, ofiarował mu arcybiskupstwo Neapolitańskie, ale on żadnego dostojeństwa i żadnej zwierzchności kościelnej przyjąć nigdy nie chciał, pragnąc jedynie w doskonałym posłuszeństwie, pokorę Boskiego Mistrza swojego naśladować. Przytrafiło się pewnego razu kiedy był w Bononii, że kazano mu wraz ze świeżo przybyłym bratem wyjść za interesami do miasta. Cierpiąc Tomasz Święty na nogę, nastarczyć nie mógł młodemu zakonnikowi, który niemoc jego lenistwem nazywając, wołał, by za nim pospieszał. Spostrzegli to Bonończykowie, i oznajmiwszy braciszkowi kim był Tomasz, pytali go, dziwiąc się jego pokorze, dlaczego tak potulnie za owym bratem biegał? — Cóż dziwnego, odpowiedział, że się człowiek człowiekowi dla miłości Pana Boga, poddaje; kiedy Sam Pan Bóg dla nas i dla zbawienia naszego, poddany ludziom być raczył? —Kazania jego łatwe były wszystkim do zrozumienia; a że sam wypełniał zawsze to, czego innych nauczał, ludzie go jak apostoła, jak zesłańca Pana Chrystusowego słuchali.

Po wielkich, a ustawicznych pracach Tomasz Święty  wyprawiony od papieża Grzegorza X na konsylium do Lyonu w 1274 r., w drodze zachorował, i zatrzymawszy się w klasztorze Cystersów Fossa-nuova zwanym, śmierć swoją zbliżającą się oznajmił. Oddając mu tam zakonnicy najtroskliwsze posługi, prosili go, aby im w jakim piśmie swym pamiątkę zostawił. W tej więc chorobie wykładał im na piśmie mąż święty pienia Salomonowe, to jest pieśń nad pieśniami, w czasie, gdy sam już na owe niebieskie gody podążał. Czując się bliskim końca, prosił o Przenajświętszy Sakrament, i z łóżka na ziemię przenieść się kazawszy, z głęboką pokorą, wyznanie katolickie uczyniwszy, przyjął Ciało i Krew Pańską, oraz Oleje Święte, i Panu Bogu ducha oddał mąż wielki, słusznie anielskim doktorem nazwany, zaledwie lat 50 liczący. Jak za życia tak i po śmierci, wielkimi Pan Bóg uczcił go cudami. A my grzeszni, polecając się jego modlitwie, prośmy Pana Boga, abyśmy to, co on pisał, rozumieć, a co czynił, naśladować też mogli; przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, Któremu z Ojcem i z Duchem Świętym równa Chwała na wieki wieków. Amen.

 

 

Uwaga.

 

 

Czy to wysoka mądrość w Duchu Bożym wielkiego Sługi Pańskiego była wynikiem głębokiej jego pokory; czyli ona to właśnie pokorę tę wyrodziła, z tego nie zdamy sobie sprawy. To pewne tylko, że im wyżej sięgamy sercem i umysłem w pojmowaniu Prawd i Doskonałości Boskich, tym więcej uniżać się musimy w poczuciu nicości i słabości własnej istoty naszej, która całą swą wartość czerpie jedynie w owym Przedwiecznym Źródle Wszechświatła i Wszechświętości. Korzyć się przeto przed nią w Obliczu Pana Boga i ludzi, jest jedyną zasługą podniosłego duchem człowieka, jak jest prawdą niezaprzeczoną, że tylko prawdziwie mądry w Duchu Bożym, prawdziwie pokornym być może.

 

 

 

 

© salveregina.pl 2023